1939 r.: Krwawy poniedziałek w Częstochowie

 

[ Powrót do historii Polski ]

1 września 1939 roku decyzją naczelnego wodza niemieckiej III Rzeszy, Adolfa Hitlera, Niemcy rozpoczęli realizację kampanii wrześniowej i zaatakowali II RP. Ta data jest także momentem wybuchu II wojny światowej. Niemieckie wojska błyskawicznie wtargnęły w głąb państwa polskiego i już 3 września 1939 roku oddziały Wehrmachtu dotarły do Częstochowy i wkroczyły do miasta nie napotykając przy tym żadnego oporu ze strony ludności cywilnej.

Następnego dnia, 4 września w różnych punktach Częstochowy doszło do gwałtownych i chaotycznych strzelanin, które według dostępnych dokumentów były de facto wywołane niedoświadczeniem i paniką niemieckich żołnierzy obecnych w mieście.

Niemcy błyskawicznie znaleźli winnych – według nich za strzelaniny odpowiadała ludność Częstochowy. Z tak postawioną tezą okupant przystąpił do dużej akcji represyjnej, która objęła całe miasto – w jej wyniku zginęło od 227 do nawet 500 Polaków, jak i Żydów z Częstochowy.

Te okrutne wydarzenia zostały nazwane w historiografii jako „krwawy poniedziałek” i jednocześnie były jedną z najcięższych gatunkowo zbrodni, których dopuścili się żołnierze Wehrmachtu podczas kampanii wrześniowej.

Według spisu ludności dokonanego latem 1939 roku Częstochowa była zamieszkiwana przez 138 tys. ludzi. Z racji położenie miasta tuż obok ówczesnej granicy polsko-niemieckiej jeszcze przed wybuchem wojny znaczna część kobiet i dzieci została z miasta ewakuowana w głąb II RP. Zdobycie miasta przez Niemców ułatwił fakt, że polskie wojsko przegrało Bitwę pod Częstochową, do której doszło z 2 na 3 września 1939 roku – była to jedna z pierwszych potyczek wojska polskiego podczas Wojny obronnej 1939.

Żołnierze polskiej 7 Dywizji Piechoty opuściły Częstochowę już 2 września 1939 roku, a wraz z wojskiem z miasta uciekło tysiące mieszkańców, w tym wielu młodych mężczyzn zdolnych do noszenia broni. Do tak częściowo opustoszałego miasta Niemcy wkroczyli bez jakiegokolwiek oporu ze strony ludności.

Krwawy poniedziałek w Częstochowie-1

Niemcy obawiali się oporu mieszkańców, ale do Częstochowy wkroczyli bez jakiegokolwiek wystrzału.

Wkraczający do Częstochowy Niemcy znali doskonale robotniczy charakter miasta i realnie obawiali się, że ludność może zorganizować komunistyczny opór. W tym celu do miasta skierowano 42 pułk 46 Dywizji Piechoty. Formacja ta dostała polecenie mocnego zapuszczenia korzeni w Częstochowie i utworzenia silnych struktur władzy na tym terenie. Jak pokazał czas i było to pisane powyżej, Niemcy niepotrzebnie obawiali się oporu ze strony komunistów – do Częstochowy Wehrmacht wkroczył bez jakiegokolwiek wystrzału.

W okolicach południa niemieckie dowództwo umościło się w częstochowskim ratuszu i tam utworzyło swój sztab. I batalion owej formacji rozlokował się w różnych punktach miasta. Wieczorem, między 18:00 a 19:00 inne przebywające w Częstochowie bataliony 42 pułku opuściły miasto wraz ze sztabem, w celu kontynuowania ofensywy na wschód, w głąb państwa polskiego. Decyzją niemieckiego dowództwa burmistrzem miasta mianowano niejakiego Paula Bolke, lokalnego volksdeutscha.

Meldunki niemieckich wojskowych patrolujących Częstochowę po wkroczeniu do niej mówiły o tym, że ludność nie stawia oporu i stosuje się do poleceń. Sytuacja niestety skomplikowała się 4 września, kiedy to w godzinach przedpołudniowych dało się słyszeć strzały z dwóch części miasta. Wybuchła tam gwałtowna strzelanina – świadkowie mówili o różnej długości czasu ich trwania, niektórzy twierdzili, że strzały było słychać godzinę, podczas gdy inni mówią o zaledwie kilku minutach.

Pierwsza strzelanina wybuchła w Szkole Rzemieślniczo-Przemysłowej, a dokładnie na jej dziedzińcu, gdzie rozlokowali się żołnierze Wehrmachtu. Drugi incydent miał miejsce przy ul. Strażackiej – to nią akurat przechodzili niemieccy żołnierze konwojując kolumnę marszową uformowaną z polskich cywilów – od 300 do 400 ludzi, którzy zostali schwytani przez okupanta dzień wcześniej.

Te dwie strzelaniny spowodowały wybuch paniki w szeregach niemieckiego wojska – spanikowani i niedoświadczeni niemieccy rekruci strzelali na oślep, do wyimaginowanych polskich partyzantów, jak twierdzili później. Chaotyczna wymiana ognia poskutkowała śmiercią ośmiu niemieckich żołnierzy, a czternastu innych odniosło obrażenia. Ucierpieli także ludzie z kolumny prowadzonej ul. Strażacką. Świadkowie podawali później, że miało wówczas zginąć nawet do 200 cywilów, ale w świetne dostępnych później dokumentów wydaje się, iż ta liczba była znacznie zawyżona.

Niemieckiemu dowództwo koniec końców wielkim wysiłkiem udało się opanować żołnierzy, a w raporcie końcowym napisano, że przyczyną strzelaniny był rzekomy atak polskich partyzantów. Po zaprowadzeniu porządku we własnych szeregach niemiecki okupant rozpoczął przeszukiwanie domów, z których okien mieli rzekomo strzelać do nich polscy partyzanci. Tak twierdził obecny wtedy w mieście lekarz naczelny IV Korpusu Armijnego, który zanotował, że:

„Bezsensowna strzelanina w samym środku miasta. Dowódcy poszczególnych kolumn próbują wstrzymać ogień. Udaje im się to po około półgodzinie. Jedna obserwacja: amunicja smugowa na ścianach domów sprawia wrażenie, jakby strzelano z okien. Uformowani w kolumny żołnierze stają się coraz bardziej podenerwowani”

Również jeden z niemieckich oficerów w swoich notatkach przyznał, że:

„Wszędzie było słychać strzały. Panowało zamieszkanie, można niemal powiedzieć, że każdy strzelał do każdego. Strzały padały ze wszystkich stron”

Okazało się, że z okien jednak nie strzelano, a chaos, za wywołanie którego okupant obarczył ludność miasta, został potwierdzony finalnie meldunkiem Einsatzgruppe:

„Nawet jeśli oddziały niemieckie rzeczywiście zostały zaatakowane przez cywilów, pod koniec nie dało się już rozeznać, kto do kogo strzelał”

Niemieckie wojsko postanowiło zemścić się na rzekomo winnej ludności cywilnej Częstochowy i przystąpili do błyskawicznej i brutalnej akcji odwetowej, której celem była polska i żydowska ludność miasta. Żołnierze patrolowali miasto i wyciągali z domów mieszkańców, którzy byli następnie spędzani do kilku punktów w mieście: na plac Magistracki, na Nowy Rynek oraz na plac katedralny.

Krwawy poniedziałek w Częstochowie-2

Niemcy przystąpili do aresztowań bezbronnych mieszkańców miasta.

Tak zgromadzonych ludzi zmuszano do stania godzinami z rękoma podniesionymi w górę lub do leżenia twarzą do ziemi – jeżeli ktokolwiek się poruszył był zabijany przez niemieckich żołnierzy strzałem w tył głowy. Rozdzielono także mężczyzn od dzieci i kobiet i prowadzono ich rewizję – jeżeli któryś z nich miał przy sobie choćby żyletkę lub scyzoryk był mordowany przez Niemców.

Okupant przeprowadził tego dnia grupowe oraz pojedyńcze egzekucje – doszło do nich m.in. na placu Magistrackim, na Nowym Rynku, jak i na placu przed katedrą. Niemieccy oprawcy zorganizowali nawet nietypową „zabawę”, która polegała na skakaniu Żydów nad wykopanym rowem przeciwlotniczym – ci, którym się to nie udało byli zabijani na miejscu. Zamordowano tak wiele osób strzałem w tył głowy. Niemcy likwidowali ludzi także w szpitalu wojskowym oznaczonym emblematami Czerwonego Krzyża. Ludność bito, maltretowano i upokarzano wyzwiskami. Niemiecka jednostka Einsatzgruppe II w swoim raporcie zapisała, że 4 września jej funkcjonariusze zastrzelili w Częstochowie „dwóch partyzantów złapanych in flagranti), a następnie go dnia „jednego snajpera”, i „dwóch żydowskich zamachowców-skrytobójców.

Gdy wybiła godzina 17:00 w miejscach zbiórek Niemcy zgromadzili przeszło 10 tys. osób – z racji „nadmiaru” aresztantów do domów zwolniono część dzieci oraz kobiet, a mężczyzn skierowano do cel więzienia na Zawodziu oraz do kościoła św. Zygmunta. Miejsca te bardzo szybko zapełniły się częstochowskimi cywilami więc aresztantów zapędzono także do budynku katedry.

Do katedry raz po raz wpadali niemieccy żołnierzy i terroryzowali mieszkańców strzałami w powietrze, jak i prowadzili ostrzał na oślep, w wyniku którego ginęli trafieni kulami mieszkańcy. Doszło także do profanacji domu Boga – przetrzymywani w świątyni mieszkańcy byli zmuszeni w trakcie dwóch dni swojej kaźni załatwiać w niej potrzeby fizjologiczne.

Gdy niemieccy oprawcy uznali, że należy zakończyć akcję represyjną, a de facto bezprecedensowy wówczas mord na cywilach, przystąpili do zabezpieczenia się na wypadek buntu ludności. W tym celu aresztowali 80 zakładników – byli to przedstawiciele częstochowskiej elity, w większości pochodzenia żydowskiego. Kilka tygodni przetrzymywano ich w obelżywych warunkach w koszarach na Zawadach.

Krwawy poniedziałek w Częstochowie-3

Ofiary Krwawego poniedziałku w Częstochowie i ich niemieccy kaci.

Dokładnej liczby ofiar Krwawego poniedziałku w Częstochowie nie sposób ustalić w świetle dostępnych dokumentów. Dowódca I batalionu 42 pułku piechoty poinformował w sporządzonym przez siebie raporcie, że rozstrzelano „zaledwie” 96 mężczyzn i trzy kobiety. Przeczy temu obraz ekshumacji, którą przeprowadzono na początku 1940 roku na polecenie niemieckiego oficera, Richarda Wendlera – odnaleziono wówczas 227 ciał (194 mężczyzn, 25 kobiet i ośmiorga dzieci), jak i ustalono, że ofiarami było 205 Polaków i 22 Żydów. Spośród tych ofiar zidentyfikowano zaledwie 121 ciał.

Należy tutaj podkreślić, iż nie są to liczba wszystkich ofiar niemieckiej zbrodni. Nie uwzględniono tu mordów popełnionych w innych miejscach kaźni, jak np. w koszarach zajętych przez Wehrmacht. Wiele zwłok zostało zabranych przez same rodziny pomordowanych, co też utrudnia sporządzenie dokładnego bilansu ofiar Krwawego poniedziałku w Częstochowie.

Prześladowanie ludności i mordy na niej popełnione nie zakończyły się definitywnie po zakończeniu akcji przez Niemców. Zmuszeni oni byli pohamować nieco swoje mordercze zapędy – duże znaczenie miał tu fakt, iż 2 września media w zachodniej Europie podały, jakoby Niemcy mieli zbombardować przy pomocy Luftwaffe klasztor na Jasnej Górze. Gdy miasto zostało zajęte przez nazistowskiego okupanta 5 września sprowadzono do niego amerykańskiego dziennikarza, Louisa P. Lochnera. Zaprosił go szef propagandy III Rzeszy, Joseph Goebbels. Amerykanin po przybyciu na miejsce poświadczył, że sam klasztor, jak i znany obraz „Czarna Madonna” nie zostały nawet draśnięte. Co ciekawe, dziennikarzowi z USA nie był znany fakt popełnionej przez Niemców zbrodni na mieszkańcach. I to mimo tego, że doszło do niej zaledwie dzień przed jego przyjazdem.

Niemiecki okupant nadal dokonywał sporadycznych mordów na częstochowskich cywilach. 5 września siedmiu członków rodziny Wiewiórów oraz Bąków zginęło zastrzelonych przez żołnierzy w pobliżu lotniska. Ponadto Niemcy oplakatowali miasto obwieszczeniami, na mocy których mieszkańcy byli zobowiązani do zdania jakiejkolwiek broni w terminie jednego dnia (do 6 września), jak i wprowadzono godzinę policyjną (od 18:00 do 7:00). Tych którzy nie mieli zamiaru podporządkować się niemieckim rozkazom grożono rozstrzelaniem. Śmierć groziła także za pojawienie się na ulicach Częstochowy podczas godziny policyjnej.

Z kolei 8 września na terenie domu zakonnego Braci Szkolnych niemiecka inspekcja wyszperała dwie brzytwy i pozostałości polskiego munduru wojskowego. Okupant postanowił aresztować wówczas dwoch zakonników, ojca jednego z nich oraz trzech mężczyzn z jednej rodziny, Żerdzińskich. Aresztowano także dwójkę robotników pracujących w domu zakonnym. Wszyscy ci mężczyźni trafili do koszar Wehrmachtu, skąd później wywieziono ich do lasu w pobliżu miasta i rozstrzelano.

Summa summarum Niemcy 10 września podjęli w Częstochowie kolejną, zakrojoną na szeroką skalę „akcję oczyszczającą” – w jej wyniku zatrzymano setki polskich i żydowskich mężczyzn. Byli oni bici, upokarzani i przetrzymywani w urągających godności ludzkiej warunkach. 700 z nich skierowano do „obozów dla jeńców cywilnych”, znajdujących się w głębi III Rzeszy.

Znamienne dla uzyskania prawdziwego obrazu Krwawego poniedziałku w Częstochowie było to, że po wojnie ani jeden z jej sprawców nie został ukarany.

Krwawy poniedziałek w Częstochowie-4

Sprawców nie ukarano, a ofiary uhonorowano pamiątkową tablicą.

Co więcej, wersję okupanta mówiącą o tym, że to polscy cywile i partyzanci wywołali chaotyczną strzelaninę, która dała asumpt Wehrmachtowi do aktów przemocy na mieszkańcach obalają oni sami we własnych dokumentach. Dotarł do nich badacz zagadnienia zbrodni wojennych popełnionych przez Niemców w trakcie II wojny światowej, Jochen Bochler. Historyk ten twierdzi, że do takich i podobnych incydentów (Pacyfikacja wsi Torzeniec, Pacyfikacja wsi Wyszanów i innych) doszło, ponieważ niemieccy rekruci byli niedoświadczeni i nieobyci z zasadami prowadzenia konfliktu wojennego. Zdawało sobie z tego sprawę nawet niemieckie dowództwo, dlatego przed wkroczeniem Wehrmachtu do Częstochowy żołnierze dostali polecenie prewencyjnego opróżnienia broni z magazynków.

Jednocześnie to wówczas niemiecki okupant przyjął własną oficjalną narrację tłumaczącą takie i podobne akty przemocy przez siebie podejmowane – strzelaniny miały być zawsze spowodowane atakiem rzekomych „polskich partyzantów i bandytów”. Cynizm niemieckiej wersji podkreśla fakt, iż doskonale zdawali sobie sprawę, że takie formacje obronne i ruch oporu jeszcze wówczas w Polsce nie istniał.