1942 r.: Egzekucja w Lesie Sękocińskim

 

[ Powrót do historii Polski ]

Do egzekucji doszło pod Warszawą, która w niemieckich planach mówiących o „ujarzmieniu narodu polskiego” zajmowała wyjątkowe miejsce. Pomimo tego, iż w Generalnym Gubernatorstwie stolicę Polski uczyniono zwykłym miastem powiatowym to tutaj znajdowało się centrum polskiego życia pod niemiecką okupacją. W Warszawie także znajdowała się siedziba Polskiego Państwa Podziemnego, a co za tym idzie, doskonale zorganizowany ruch polskiego oporu. Gubernator Hans Frank zdawał sobie z tego doskonale sprawę, czemu dał dowód zapisując w swoim dzienniku dnia 14 grudnia 1943 roku:

„Gdybyśmy nie mieli Warszawy w Generalnym Gubernatorstwie, to nie mielibyśmy 4/5 trudności, z którymi musimy walczyć. Warszawa jest i pozostanie ogniskiem zamętu, punktem, z którego rozprzestrzenia się niepokój w tym kraju

Egzekucja w Lesie Sękocińskim-1

Niemcy wkraczający do Warszawy w 1939 roku

Niemcy już w pierwszych dniach okupacji dali dowód na stosowanie brutalnego terroru wobec ludności miasta, a w pierwszym rzędzie na cel obrali sobie przedstawicieli polskiej inteligencji i elity politycznej oraz intelektualnej. Celem okupanta byli także warszawscy Żydzi oraz osoby, na które padł choćby cień podejrzenia, że mogą być aktywne w polskim ruchu oporu. Wszystkie warszawskie więzienia zostały błyskawicznie zapełnione – Pawiak, więzienie mokotowskie, siedziba Sipo w Alei Szucha, areszt śledczy przy ul. Daniłowiczowskiej – te miejsca odosobnienia były przeładowane. Ponadto Niemcy praktycznie każdego dnia urządzali łapanki na ludności warszawskiej. Osoby zatrzymane podczas owych były bardzo często deportowane momentalnie do niemieckich obozów koncentracyjnych, które utworzyli okupanci. Codziennością były także zbiorowe egzekucje.

Represje były wyjątkowo mocne w pierwszych miesiącach okupacji – to dlatego, że Niemcy podjęli od początku wywołanej przez siebie wojny tzw. „Intelligenzaktion”, a w jej ramach Akcję AB – bardziej szczegółową wersjęIntelligenzaktion”, która objęła teren Generalnego Gubernatorstwa. Z racji tego, iż Niemcy szczególnie uparcie dążyli do wymordowanie tzw. „polskiej warstwy przywódczej”, pierwsze miesiące wojny to wyjątkowe nasilenie represji wobec polskiego elementu – Niemcy zastrzelili w egzekucjach kilka tysięcy najbardziej zasłużonych dla miasta mieszkańców, w tym także Żydów. Dochodziło do takich aktów zbrodni np. w ogrodach sejmowych, w Bemowie, Lesie Kabackim i w Palmirach.

Nazistowski okupant zakończył intensywną i dokładną Akcję AB oficjalnie wraz z początkiem 1941 roku i wtedy wyraźnie spadła liczba przeprowadzanych przez Niemców egzekucji. Oprawcy zrezygnowali także latem 1941 roku z mordowania ludzi w Palmirach – nie udało się po prostu Niemcom utrzymać tego faktu w tajemnicy przed ludnością cywilną. Nie znaczy to jednak, że zrezygnowali oni całkowicie z masowych egzekucji. W tym celu patrolowali podwarszawskie lasy i wypatrywali dogodnych miejsc do popełniania zbrodni. Las Sękociński był właśnie jedną z takich lokalizacji.

Egzekucja w Lesie Sękocińskim-2

Osoby z niemieckich łapanek trafiały do warszawskich więzień, w tym do Pawiaka.

W okresie niemieckiej okupacji podczas II wojny światowej osiedle Magdalenka (16 km od Warszawy) wchodziło w powiat grójecki, a pobliskie kompleksy leśne znajdowały się w gestii nadleśnictwa w Sękocinie. Niemcy starannie i cynicznie zaplanowali tam przeprowadzenie masowej kaźni – 26 maja 1942 roku dwóch oficerów niemieckiej bezpieki patrolowało lasy w pobliżu Magdalenki. Polskim leśnikom powiedziano, że dany teren będzie niedostępny ze względu na przewidziane w tym obszarze manewry wojskowe, a co za tym idzie, ludności zakazano wstępu do lasu.

Już następnego dnia na terenie Lasu Sękocińskiego pojawił się Wehrmacht w sile jednego oddziału. Zaledwie kilkaset metrów od Magdalenki, wzdłuż leśnej drogi do Lesznowoli niemieccy żołnierze wykopali trzy doły, odpowiednio o wymiarach 13,4 na 3 metry, 5,7 na 33, metra oraz 6 na 3,1 metra. Mogiły wykopano tak, aby przylegały do siebie krótszymi bokami, wzdłuż.

Jakkolwiek miejsce kaźni zostało uszykowane zawczasu, to Niemcy dopiero tego samego dnia przystąpili do sporządzania listy osób przeznaczonych na wymordowanie. Ofiary tej zbrodni „rekrutowały” się z Pawiaka – 220 więźniów tego więzienia zagnano na V oddział, a 22 kobiety skierowano do więziennej kaplicy. Już nocą Niemcy za pomocą bicia rozpoczęli procedurę wywożenia przyszłych ofiar na miejsce kaźni pod Magdalenką. Skazanych wyganiano z cel i pakowano do ciężarówek. Co istotne więźniowie wiedzieli, że jadą na kaźń – nie pozwolono im się ubrać, ani zabrać ze sobą jakichkolwiek rzeczy osobistych, jak i żywności na drogę. Domyślali się, że jadą w jedną stronę.

Sama Egzekucja w Lesie Sękocińskim rozpoczęła się o 3:00 rano 28 maja. Niemieccy kaci mordowali swoje ofiary, aż do godziny 14:00. O wszystkim wiedzieli doskonale okoliczni mieszkańcy, ponieważ słyszeli dochodzące ich uszu krzyki mordowanych i bitych ofiar. Cały czas w trakcie mordów niemieckie transporty kursowały z lasu do Pawiaka i dowoziły nad mogiły co raz to nowych więźniów. Gdy oprawcy uporali się z mężczyznami wzięli się za kobiety przetrzymywane w kaplicy na Pawiaku – młode, stare, zdrowe czy chore – wszystkie więźniarki zostały przetransportowane na miejsce kaźni gdzie zostały cynicznie zamordowane, jak np. Janina Kardej-Zamarską (zabrano ją na noszach z Pawiaka) oraz 70-letnia Janina Górską. Obie panie były obłożnie i ciężko chore.

Egzekutorami byli niemieccy i ukraińscy żołnierze Wehrmachtu i strażnicy z załogi Pawiaka. Ofiary traciły życie mordowane strzałami w pierś lub w potylicę i bezwiednie spadały do grobów. Świadkowie egzekucji zeznawali potem, że była ona bardzo brutalna – Niemcy po zbrodni musieli dokładnie umyć zbryzgane krwią ofiar buty. Niektórzy z pomordowanych do końca stawiali opór katom, jak np. major Roman Kukiełło, który wraz z grupą więźniów rzucił się na Niemców z gołymi pięściami – zginęli momentalnie zasypani kulami z karabinów żołnierzy. Świadkowie tej zbrodni mówili również, że Niemcy byli tak dumni z siebie, że gdy wracali z miejsca kaźni gromko i wesoło śpiewali.

Egzekucja w Lesie Sękocińskim-3

Takimi właśnie transportami Niemcy zwozili więźniów na miejsce kaźni.

Oczywiście oprawcom nie udało się utrzymać w tajemnicy tej brutalnej masowej egzekucji. Co prawda pilnowali przez ponad pół roku miejsca mordu, ale już dzień po nim ich ponurą tajemnicę odkrył polski leśniczy, Franciszek Stankiewicz. Odnalazł on prymitywnie zamaskowane miejsce kaźni polskich więźniów. Po upewnieniu się, że w grobach znajdują się ciała leśniczy oznaczył teren i wycofał się z lasu. Ponadto na leśnym krzaku odkryto pewnego dnia ludzką rękę – zobaczyły ją dzieci idące do kościoła leśnym traktem. 16 czerwca w konspiracyjnym wydawnictwie „Informacja Bieżąca” – nr. 22/47 polski ruch oporu zamieścił szczegółową informację na temat tej masowej niemieckiej Egzekucji w Lesie Sękocińskim. Podano nawet częściową listę ofiar, co było możliwe dzięki pracy konspiracyjnej komórki na Pawiaku.

Summa summarum nocą z 27 na 28 maja 1942 roku Niemcy rozstrzelali 223 więźniów Pawiaka, w tym 22 kobiety. Istotnym faktem jest, iż wśród ofiar znaleźli się przedstawiciele różnorakich polskich partii i organizacji konspiracyjnych, jak i warstwa inteligentów. W gronie kobiet znalazły się więźniarki z obozu koncentracyjnego FKL Ravensbruck, które zwiezioną zimą tego roku do Warszawy. Ofiarami Niemców zostali działacze społeczni i polityczni, przedstawiciele przemysłu i ekonomiści, prawnicy, lekarze, oficerowie WP, dziennikarze, inżynierowie, a także polscy strażnicy z Pawiaka.

Życie stracili także członkowie ZWZ aresztowani za ukrywanie broni, pracownicy urzędowi z elektrowni na Powiślu, kolporterzy prasy konspiracyjnej, jak i grupa pracowników urzędu telekomunikacji przy ul. Poznańskiej, którzy przejmowali donosy volksdeutschów do Gestapo.

Egzekucja w Lesie Sękocińskim nie była niestety ostatnią zbiorową akcją pacyfikacyjną podjętą przez okupanta na tym terenie. Wspominał o tym w swoich zeznaniach przywoływany już leśniczy, Franciszek Stankiewicz – według niego w okolicach samej Magdalenki Niemcy regularnie mordowali grupy liczące od trzech do dziesięciu osób, a nawet pojedyńcze osoby. Nie istnieją jednak informacje dotyczące tożsamości tych osób, pomimo tego, że leśniczy odkrył niektóre ciała zamordowanych. Wywiad ZWZ podawał, jakoby wiosną 1942 roku w Lesie Sękocińskim Niemcy mieli zamordować ponad 200 więźniów z więzienia mokotowskiego oraz z aresztu przy ul. Daniłłowiczowskiej, ale nie udało się badaczom i historykom potwierdzić tych informacji.

Juz rok po zakończeniu II wojny światowej, pomiędzy 1 a 8 lipca 1946 roku w Lesie Sękocińskim podjęto prace ekshumacyjne. Nadzorował je obecny na miejscu Polski Czerwony Krzyż i Główna Komisja Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce. Pracom przyglądały się rodziny zamordowanych osób, a wspomagaj je swoją wiedzą Wiktor Grzywo-Dąbrowski. Ciała 178 mężczyzn odkryto w dwóch grobach, w trzecim spoczywały zwłoki 23 mężczyzn i 22 kobiet. Finalnie ustalono tożsamość ok. 200 ofiar Egzekucji w Lesie Sękocińskim – niektóre zwłoki miały przy sobie karty pocztowe i kwity więzienne, a inne rozpoznały rodziny.

W celu uhonorowania pomordowanych wyprawiono im uroczysty pogrzeb i pochowano na cmentarzu parafialnym w Magdalence, który znajduje się w Łazach. Niektóre z rodzin zabrały ciała swoich krewnych i wyprawiły im pojedyńcze pogrzeby na warszawskich cmentarzach. Pamięć o ofiarach Egzekucji w Lesie Sękocińskim podtrzymuje pomnik odsłonięty na miejscu straceń w 1946 roku.

Egzekucja w Lesie Sękocińskim-4

Ofiary Egzekucji w Lesie Sękocińskim upamiętnia ten oto monument.

Odpowiedzialnością za Egzekucję w Lesie Sękocińskim w pierwszym rzędzie spada na gubernatora dystryktu warszawskiego, Ludwiga Fischera, jak i ówczesnej Dowódcę SS i Policji w dystrykcie warszawskim, Ferdinanda von Sammern-Frankenegga.

Ludwig Fischer podniósł zasłużoną karę po zakończeniu II wojny światowej – został skazany wyrokiem Najwyższego Trybunału Narodowego na karę śmierci, a wyrok wykonano. Z kolei Ferdninand von Sammern-Frankenegg został zabity w 1944 roku przez partyzantów z Jugosławii.

De facto mózgiem i motorem napędowym prześladowania polskiej i żydowskiej ludności Warszawy był podwładny obu niemieckich oficerów, SS-Standartenfuhrer Ludwig Hahn. Co ciekawe ten zbrodniarz po II wojnie światowej mieszkał sobie spokojnie w Hamburgu i nawet nie urywał swojego nazwiska. Sąd zajął się nim dopiero w 1972 roku – Ludwig Hahn został skazany początkowo na 12 lat więzienia, ale w kolejnym procesie zasądzono mu w 1975 roku dożywocie. Pomimo tego w 1983 roku opuścił on mury więzienia i zmarł na wolności niespełna trzy lata później.