1981 r.: Pacyfikacja Kopalni Manifest Lipcowy

[Strona informacyjna: Stan wojenny ]

Stan wwojenny

Pacyfikacja Kopalni Manifest Lipcowy

Już latem 1980 roku w kopalni Manifest Lipcowy doszło do wybuchu pierwszego w historii śląskich kopalni strajku. Jego celem było wyrażenie solidarności z robotnikami z północy Polski. Był to cios w ówczesne władze PRL – zbuntowany Śląsk uchodził do tej pory za bastion komunistycznych władz Polski i był oczkiem w głowie ówczesnego I Sekretarza PRL, Edwarda Gierka.

Pacyfikacja Kopalni Manifest Lipcowy-3

Właściwą przyczyną podjęcia przez załogę buntu, który miał miejsce 28 sierpnia 1980 roku było chamskie zachowanie Władysława Dudy, dyrektora zakładu. Podobno słysząc górników debatujących o sytuacji w kraju zaczął ich bezceremonialnie obrażać i wyzywać. Błyskawicznie wybuchł protest, któremu nie dał rady zapobiec Mieczysław Glanowski i minister górnictwa, Włodzimierz Lejczak. Dyrektor został wyprowadzony z kopalni i to był jego koniec w tym zakładzie pracy. Zorganizowani górnicy utworzyli wraz z załogami okolicznych kopalni Międzyzakładowy Komitet Strajkowy. Finalnie, 3 września 1980 roku podpisano z władzami PRL tzw. porozumienia jastrzębskie, w wyniku czego władze zgodziły się na pewne reformy i wprowadzenie swobód do zakładu pracy (np. uznanie pylicy za chorobę zawodową i zlikwidowanie czterobrygadowego systemu pracy, wprowadzenie wolnych sobót itp.)

Gdy 13 grudnia 1981 roku Wojciech Jaruzelski ogłosił wprowadzenia stanu wojennego na terenie całego kraju górnicy z kopalni Manifest Lipcowy postanowili o podjęciu strajku. Z racji poprzednich doświadczeń w tej materii błyskawicznie zorganizowano komitet strajkowy, któremu przewodniczył Jan Bożek. Jego samego próbowano aresztować w dniu wprowadzenia stanu wojennego, ale nie dopuściła do tego załoga kopalni. Około 2 tys. górników zabarykadowało się na jej terenie.

Pacyfikacja Kopalni Manifest Lipcowy-1

Od 15 grudnia do załogi kopalni Manifest Lipcowy docierały wieści o tym, że władze podjęły się pacyfikacji okolicznych kopalń (Jastrzębie i Moszczenica). Taki sam los miał czekać górników z tego zakładu. ZOMO i oddziały MO rozpoczęły szturm na kopalnie Manifest Lipcowy o godzinie 11:00. Formacjom asystowały pojazdy bojowe a nawet czołgi. Szefem pacyfikacji był płk. Kazimierz Wilczyński.

Milicja i ZOMO używały broni palnej i były wyposażone w ostrą amunicję, jednak pierwszy szturm na pozycje „okopanych” górników skończyły się fiaskiem. Milicja nie ustawała w próbach przełamania oporu zbuntowanej załogi – obrzucała strajkujących petardami hukowymi oraz stosowała gaz łzawiący. Tuż przed godziną 12:00 do górników zaczęto strzelać ostrą amunicją, w wyniku czego rany odniosło czterech z członków załogi. Finalnie poszkodowanych zabrało pogotowie, jednak ponad 50 minut musiano czekać na karetkę, ponieważ władze nie chciały jej dopuścić do rannych. Za oddanie 57 strzałów do górników odpowiedzialny był Pluton Specjalny ZOMO (ustalono to w trakcie wieloletniego śledztwa). MO i ZOMO dotkliwie pobiły także członka kopalnianej straży, Zdzisława Dudka. Nie chciał dopuścić do zajęcia miejsc strzeleckich przez funkcjonariuszy milicji. Summa summarum w świetle użycia przez siły porządkowe ostrej amunicji górnicy z kopalni Manifest Lipcowy zakończyli swój strajk i opuścili teren samej kopalni.

15 grudnia wieczorem odpowiedzialny za spacyfikowanie strajków na Śląsku, Jerzy Gruba, zameldował o tym, że dziewięć kopalni z jego rejonu zostało „oczyszczonych”. Następnego dnia wyznaczono Pacyfikację Kopalni Wujek.

W celu zmuszenia strajkujących w kopalni Manifest Lipcowy górników do zakończenia strajku, podczas pacyfikacji władze użyły 1,7 tys. milicjantów, członków ZOMO oraz SB. W akcji brało także udział wojsko, w postaci 30 czołgów, 4 armatek wodnych i 15 wozów bojowych.

O wydarzeniach wspominał wielokrotnie Jerzy Mnich, który był jedną z ofiar Pacyfikacji Kopalni Manifest Lipcowy

„Trudno mi mówić o samych strzałach, bo doznałem ataku serca około godziny 8.00, a akcja ZOMO rozpoczęła się o 11.10Tak w ogóle to w kopalni byłem w nocy z 12 na 13 grudnia. Dzwonił do mnie wtedy przewodniczący Solidarności Jan Bożek, który został brutalnie pobity w swoim mieszkaniu, odbili go sąsiedzi”.

Jerzy Mnich doznał 15 grudnia ataku serca, co miało miejsce podczas negocjacji z komisarzem Rybnickiego Okręgu Wojskowego. Pomimo ciężkiego stanu zdrowia został po samej pacyfikacji aresztowany przez SB i oskarżony o zorganizowanie strajku i jego sprawstwo kierownicze.

„Leżałem na II Oddziale Wewnętrznym Szpitala Górniczego w Jastrzębiu. To było 17 grudnia 1981 roku. Około 11.00 przyjechała do szpitala ekipa ludzi w mundurach – wspominał Mnich. – Przedstawił mi się jeden z nich: mgr. por. Janusz Palus, wiceprokurator Prokuratury Wojskowej w Gliwicach. I dał mi do podpisania zeznanie. Powiedziałem, że nie podpiszę, bo nic takiego nie miało miejsca.

Byłem bardzo zdenerwowany, nie przeczytałem tego dokładnie, ale wiem, że oskarżono mnie o zorganizowanie strajku w dniach 14-15 grudnia 1981 roku. Odpowiedziałem krótko, że nie był to żaden strajk, lecz protest załogi, w wyniku którego prowadzone były rozmowy z komisarzem na Rybnicki Okręg Węglowy i z dyrektorem kopalni.

Natomiast 15 grudnia czekaliśmy na odpowiedź i jej już nie dostaliśmy, o czym świadczą późniejsze wypadki, które zaczęły się o godz. 11.10, łącznie z frontalnym atakiem wojsk i zmilitaryzowanych jednostek na naszą kopalnię”.

Pacyfikacja Kopalni Manifest Lipcowy-2

Również ówczesny szef Komisji Zakładowej Solidarności, Jan Bożek, służy barwną relacją opisującą wydarzenia, jakie zaszły podczas Pacyfikacji Kopalni Manifest Lipcowy:

„Wreszcie podjechali czołgami i wozami pancernymi pod bramę. Ktoś mówił coś przez megafon, ale wycie silników zagłuszało jego głos. Ludzie śpiewali: 'Jeszcze Polska nie zginęła', 'Boże coś Polskę'. Rozległy się strzały. Na plac poleciały świece dymne i gazowe. Gaz miał nieprzyjemny zapach i szczypał w oczy (…).

Na teren kopalni wszedł w maskach oddział ZOMO, około 300 osób. Ludzie parli do przodu. Stojąc na czele, próbowałem ich powstrzymać. Zomowcy wycofywali się z kopalni przez bramę towarową lub przez osobówkę. Próbowaliśmy z Maciaszkiem, Błautem i Zandlerem zatrzymać załogę, żeby nie doszło do bezpośredniego starcia. Zatrzymaliśmy ludzi w odległości około 15 metrów od zomowców. Wówczas odwrócił się jeden z dowodzących akcją oficerów (spełniał wśród zomowców tę samą rolę, co ja wśród górników, też nie chciał, aby doszło do bezpośredniego starcia), ściągnął z twarzy lewą ręką maskę, a prawą sięgnął po pistolet i padły strzały (…).

Ludzie tłumaczyli mi, że zomowcy strzelają ostrą amunicją. Przekonywałem ich, że to nieprawda, gdyż po wydarzeniach grudnia 70’ władze komunistyczne obiecały, że już nigdy nie będą strzelać do robotników. Załoga jednak słusznie obstawała przy swoim. Nie chciałem jednak nadal wierzyć, żeby polska władza strzelała do swoich obywateli”

Z kopalnią Manifest Lipcowy wiąże się jeszcze jedna, przykra dla samych górników sprawa. Otóż zakład był jednym z tych, które wzięły udział w letniej fali strajków, jakie przetoczyły się przez PRL latem 1988 roku. Ten protest zakończyli oni dopiero 3 września, dzięki namowom Lecha Wałęsy i Henryka Jankowskiego. Ten pierwszy stwierdził, że rozmawiał z Czesławem Kiszczakiem w celu szukania porozumienia z władzami PRL.

Zapewnił także strajkującą załogę o tym, że otrzymał telefoniczne zapewnienie od Czesława Kiszczaka z gwarancjami bezpieczeństwa dla górników. Finalnie okazało się, że Wałęsa kłamał – po tym jak zakończono strajk protestującą załogę spotkały represje ze strony władz PRL. Wcześniej, podczas nacisków Lecha Wałęsy na zakończenie strajku górnicy zagrozili wywiezieniem jego samego i Henryka Jankowskiego na taczkach.