Traktat lizboński

Polska strona głosami posłów 1 kwietnia 2008 roku zaakceptowała postanowienia traktatu lizbońskiego, a następnego dnia, 2 kwietnia, dostał on „zielone światło” od polskich senatorów. Finalnie traktat w porządek prawny Polski swoim podpisem wprowadził śp. Lech Kaczyński.

Początkowe kroki zmierzające do ratyfikacji traktatu lizbońskiego poczyniono w 2007 roku. 18 i 19 października 2007 roku odbył się w Lizbonie tzw. szczyt lizboński, gdzie w Portugalii pojawili się przedstawiciele państw członkowskich UE. Celem tego spotkania było przyjęcie dokumentu, który jest następstwem i logiczną konsekwencją odrzuconej eurokonstytucji. Do porozumienia strony obradujące doszły późną nocą 19 października. Zasadność przyjęcia traktatu lizbońskiego podkreślił Jose Manuel Barroso, ówczesny przewodniczący Komisji Europejskiej:

Europa potrzebuje traktatu, by wyjść z impasu. Od czasu przegranego referendum we Francji i Holandii utknęliśmy w martwym punkcie. Sukces w Lizbonie sprawia, że niezbędne zmiany instytucjonalne się dokonają. Przyjęte przepisy dają szansę, że łatwiej będzie podejmować decyzje. Najważniejsze jednak, że Europa zacznie mówić jednym głosem. Głos Polski nie mógł być zignorowany i dobrze się stało, że znaleźliśmy kompromis

Traktat lizboński zawiera preambułę, w której, w odróżnieniu od Konstytucji RP, próżno szukać odwołań do Boga i jakiejkolwiek roli chrześcijaństwa w utworzeniu korzeni europejskich. Ponadto dokument był de facto powtórzeniem zapisów odrzuconej finalnie eurokonstytucji. Dokument ponadto wnosił istotną nowość w funkcjonowanie UE – nadawał jej osobowość prawną i otwierał drogę do przyszłych jego zmian bez wymogu jakiejkolwiek konsultacji z rządami poszczególnych krajów.

Traktat lizboński zmniejszał ilość komisarzy europejskich do 18, a decyzje w UE mają być podejmowane za pomocą zasady tzw. podwójnej większości. Złożenie podpisu państwa pod postanowieniami traktatu lizbońskiego nakładało obowiązek przyjęcia przez krajowy system prawny Karty Praw Podstawowych. W przypadku Polski było to de facto dublowanie odpowiadających jej zapisów w Konstytucji RP.

Z tej okazji pojawiły się zastrzeżenia o szkodliwość jej zapisów dla polskiego porządku prawnego. Anna Fotyga stwierdziła, że przyjęcie zapisów Karty Praw Podstawowych przez Polskę otworzy Niemcom drogę do roszczeń wobec Ziem Odzyskanych. Krytykowała również wyraźne promowanie, a wręcz narzucanie legalizacji związków homoseksualnych w krajach UE.

Karta Praw Podstawowych 4 października nie została podpisana przez śp. Lecha Kaczyńskiego, dokumentu nie podpisała także Wielka Brytania i Czechy. Przeciwko podpisaniu przez stronę Polską Karty Praw Podstawowych protestowało wiele organizacji, w tym chrześcijańskich, a także m.in. Artur Zawisza, Stanisław Michalkiewicz czy Jacek Bartyzel. Wraz z podpisaniem 13 grudnia traktatu lizbońskiego Karta Praw Podstawowych zyskała prawny charakter.

Zapisy traktatu lizbońskiego były i są przedmiotem krytyki i to ze strony różnorakich środowisk, w tym politycznych. Dokument krytykują środowiska prawicowe i narodowe, w tym w Polsce. Podnoszą one szereg argumentów obrazujących konsekwencje obowiązywania przepisów traktatu lizbońskiego dla porządku krajów należących do UE.

Koronnym, nieco niedocenianym argumentem przeciwko traktatowi lizbońskiemu jest ten, który mówi, że dokument jest de facto zakamuflowanym powtórzeniem zapisów eurokonstytucji. Potwierdził to sam główny negocjator traktatu lizbońskiego, Giscard d’Estaing w swojej wypowiedzi dla dziennika „The Independent” (30 października 2007 r.):

„Różnica między pierwotną Konstytucją a niniejszym Traktatem Lizbońskim dotyczy raczej kwestii podejścia, niż treści”

Słowa byłego prezydenta Francji są szczególnie istotne, ponieważ eurokonstytucja została odrzucona właśnie za próbę utworzenia jednego ośrodka władzy, w tym takich atrybutów zjednoczonej UE, jak godło i hymn.

Zwracano uwagę, iż dokument de facto przenosi kompetencje krajów członkowskich UE do centrali w Brukseli. Wrażliwymi obszarami z dziedzin takich jak polityka społeczna, energetyczna, podatkowa, a także p. bezpieczeństwa i wojskowa oraz zagraniczna miały „opiekować” się organa centralne UE. Podnoszono argument, że planowana policja europejska miałaby prawo podjęcia interwencji na obszarze każdego państwa należącego do Unii Europejskiej – uznano to zasadnie za mieszanie się do polityki wewnętrznej krajów.

Traktat wprowadza w niemal połowie setki obszarów głosowanie większością głosów, mimo tego, że wcześniej wymagane było podejmowanie w tych obszarach jednomyślnych decyzji. Ponadto fakt, iż UE zyskiwała osobowość prawną w pełni logicznie została odebrana za próbę powstania nowego organizmu państwowego.

Zmniejszono wagę głosu mniejszych krajów i wzmocniono głos większych państw – de facto pominięto zasadę równości państw i skupiono się na liczbie obywateli w nim zamieszkujących. Zwracano także uwagę, że traktat lizboński jest bardzo nieczytelny, a jego zrozumienie jest możliwe tylko w kontekście jednoczesnego rozpatrywania jego zapisów z zapisami poprzednich unijnych dokumentów. Uznano to za celowe działanie, które ma „przemycić” nieco złagodzone krytykowanej za „centralizacyjne” zapędy eurokonstytucji.

Istotne do zrozumienia prawdziwego celu wprowadzenia zapisów traktatu lizbońskiego są słowa Giuliano Amato, cytowane przez dziennik „Rzeczpospolita”. Polityk miał powiedzieć, że:

„Zadecydowano, iż dokument ma być niezrozumiały. Bo jeśli będzie niezrozumiały to ludzie pomyślą, że nie może być niekonstytucyjny – takie mniej więcej było rozumowanie. Gdyby był od razu jasny, to pomyśleliby, że może powinno być referendum”.

Z kolei Karel De Gucht wprost stwierdził bez krępacji, że traktat jest celowo nieczytelny.

Zapisy traktatu lizbońskiego mówiące o rzekomym pierwszeństwem prawa unijnego nad Konstytucją RP skrytykowała ówczesna sędzia Trybunału Stanu, Krystyna Pawłowicz. Poddała ona krytyce także rolę TSUE jako rozstrzygającej instytucji, pomimo tego, że nie posiada ona legitymacji demokratycznej. Z kolei stanowisko prezentowane przez Krystynę Pawłowicz skrytykował Stanisław Biernat, który stwierdził, że prawo unijne ma pierwszeństwo nad polskim.

Trybunał Konstytucyjny stwierdził, że chociaż konstytucja pozwala na uznanie pierwszeństwa prawa unijnego nad krajowym porządkiem prawnym to jednocześnie prawo to nie ma pierwszeństwo przed samą Konstytucją RP. Decyzja o sposobie rozwiązania potencjalnych konfliktów w tym obszarze prawa leży tylko i wyłącznie w gestii narodu.

Traktat lizboński skrytykował także Karl Schachtschneider, który stwierdził, iż wraz z ratyfikacją dokumentu w Europie zostanie przywrócona kara śmierci (argumentował to przypisem do odpowiedniego artykułu Karty Praw Podstawowych.

Wielu mało znanych szczegółów w kwestii tego, czym kierował się śp. Lech Kaczyński podpisując traktat lizboński można dowiedzieć się z książki Łukasza Warzechy pt. „Lech Kaczyński. Ostatni wywiad”. Polski prezydent mówił w niej m.in:

„Wprowadziliśmy [do traktatu lizbońskiego] zasadę solidarności energetycznej (…) Kluczowe było oczywiście przedłużenie o dziesięć lat obowiązywania nicejskiej metody głosowania (…) wygraliśmy sprawę flagi i hymnu UE, czyli zewnętrznych atrybutów państwa. Jak pan wie, przepisy ich dotyczące ostatecznie się w traktacie nie znalazły”

Tym samym okazuje się, że śp. Lech Kaczyński nie rozumiał, w czym leży zagrożenia. Uznawał za swój osobisty sukces „wywalczenie” w treści traktatu błahych i nieistotnych zapisów. Ponadto, z rozmowy autora z prezydentem wynika, że Lech Kaczyński miał informacje mówiące o tym, że zagrożeniem może być kwestia imigracji. Świadczą o tym następujące słowa:

„Państwa z południa Europy na przykład bardzo interesuje problem imigracji. Hiszpanom, którzy poza tym są zainteresowani Ameryką Południową i po części Afryką, zależy na kolektywizacji odpowiedzialności za imigrację, nawet do tego stopnia – nieco upraszczając – żeby imigranci do Unii byli rozdzielani po jej wszystkich państwach, z Polską włącznie.”

Wynika z tego, że śp. Lech Kaczyński zdawał sobie sprawę, że imigranci mogą być w przyszłości wysyłani do Polski pod przymusem i obowiązkowo. Zamiast walczyć o wyłączenie Polski ze wspólnej polityki imigracyjnej (zrobiła tak np. Dania), nasz włodarz skupił się na walce o flagę i hymn Unii Europejskiej.

Jednocześnie ówczesny polski prezydent ujawnił, że groźba niepodpisania traktatu lizbońskiego zastosowana przez jego brata, Jarosława Kaczyńskiego (wystąpił w telewizji i ogłosił, że najprawdopodobniej Polska zawetuje dokument) była tylko ustaloną grą:

„Jarek w pewnym momencie wystąpił w telewizji, ogłaszając, że już, w pewnym sensie, jest po wszystkim, że wetujemy. Bardzo mocno to podziałało, choć pamiętają to nam po dziś dzień, ale nie żałuję. To była ustalona gra i okazała się skuteczna, więc potrzebna”