Przebieg Masakry w więzieniu w Łucku 1941 r.

[ Powrót do historii Polski ]

[ Masakra w więzieniu w Łucku 1941 r. – strona informacyjna ]

[ Przygotowania ] [ Przebieg ] [ Ofiary i pamięć ]

23 czerwca 1941 roku, dwa dni po agresji III Rzeszy na ZSRS o godzinie 11:30 na teren więzienia w Łucku przybyła grupa bezpieczniaków złożona z funkcjonariuszy NKWD i NKGB rezydujących w obwodzie wołyńskim. Dowodził nią kapitan bezpieki, niejaki Rozow. Sierżant bezpieki ZSRS i człowiek odpowiedzialny za wydział więziennictwa NKWD w tym obwodzie, Stan, opisał przybycie owej delegacji w sporządzonym przez siebie raporcie. Rozow wraz ze swoim kolegą, kapitanem Biełocerkowskim rozkazali Stanowi wydanie im wszystkich więźniów zatrzymanych na podstawie przepisów sowieckiego kodeksu karnego, w szczególności członków OUN, Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów. Miało to nastąpić w ciągu zaledwie 20 minut. Co ciekawe, decyzja o bezpośrednim rozstrzelaniu aresztantów zapadła na podstawie mylnych doniesień mówiących o obecności sił niemieckich zaledwie siedem kilometrów od miasta.

Gdy zbliżało się południe personel strażniczy więzienia nakazał aresztantom opuścić zajmowane przez nich cele i zabrać z nich swoje rzeczy osobiste. Sowieccy nadzorcy zagrzewali więźniów, wabiąc ich obietnicą zwolnienia ich z powodu wybuchu niemiecko-sowieckiego konfliktu. Oczywiście okazało się to kłamstwem.

Więźniów de facto zgromadzono na spacerniaku i podzielono na dwie grupy – jedna, złożona z 1,5 tys. Ukraińców została skierowana na dziedziniec położony od strony rzeki Styr, a druga, złożona z około 500 Polaków pozostała na spacerniaku. Sowieccy oprawcy wywoływali także poszczególne osoby z nazwiska – wyłuskano tym sposobem z tłumu 84 więźniów (o takiej liczbie mówi raport sporządzony przez Filipowa), z których zwolniono 44 skazanych za przestępstwa kryminalne, a pozostałych, którzy byli nieletni, skierowano z powrotem do ich cel.

Przyszłym ofiarom rozkazano uformować się w rzędy na dziedzińcu, a gdy ci wykonali polecenie i stanęli w szyku, sowieci odsłonili zamaskowane uprzednio karabiny maszynowe i przystąpili do masakrowania więźniów, nie ograniczając się przy tym do używania wyłącznie ognia maszynowego – w kłębiący się i spanikowany tłum ludzi rzucali także granaty. Oprawcy odstrzeliwali także więźniów za pomocą karabinów umieszczonych w oknach więzienia, jak i tych na wartowniach. Taki okrutny los spotkał Ukraińców, a tuż po nich, Polaków. Festiwal krwawych mordów trwał przeszło godzinę. Po zakończeniu „pracy” sowieccy sprawcy nakazali powstać ocalałym więźniom i powrócić do cel, jednakże przy wejściu do budynku mordowano każdego ocalałego, który odniósł jakiekolwiek rany lub był zachlapany krwią zastrzelonych kompanów.

Tym sposobem na części dziedzińca, na której mordowano Ukraińców, zachowało się przy życiu zaledwie 10 osób (jednego rannego dobito natychmiastowo). Na „polskiej” stronie ocalało od 50 do nawet 120 osób (tak twierdzili świadkowie masakry). Przywoływany wcześniej sowiecki aparatczyk, Stan, twierdził, że bezpośrednio przeprowadzeniem masakry „trudnili się” funkcjonariusze grupy Rozowa, ale także straż więzienna, jego kierownictwo oraz wojska konwojowe NKWD, na których czele stał przedstawiciel NKGB, Gonczarow.

Z kolei raport przywoływanego raz po raz Filipowa mówi o tym, że więźniowie ginęli z rąk naczelnika drugiego oddziału UNKGB, Gonczarowa, jego podopiecznego Dworkina oraz właśnie Stana. Co istotne, sami świadkowie masakry bezspornie twierdzili, że sowieckich enkawudzistów aktywnie wpierały w samych rozstrzeliwaniach dwie młode Żydówki z Łucka – niejaka Szpiglówna i Blumenkranz, która była córką właściciela sklepu obuwniczego.

Ponieważ w chwili dokonywania masakry na więźniach sowieci byli przekonani o nieuchronnym wkroczeniu niemieckich wojsk do Łucka nie zakładali co zrobią z ciałami pomordowanych. Tuż po masakrze okazało się jednak, że wieści o tym, że siły niemieckie są o krok od miasta okazały się fałszywe i mocno przesadzone. Z tej racji oprawcy przystąpili do próby zatarcia śladów dokonanej przez siebie masakry.

Dzień po niej, 24 czerwca, zmusili oni ocaleńców do „pochowania” wymordowanych współtowarzyszy – ofiary z „polskiej” części dziedzińca złożono w wykopanych na terenie więzienia mogiłach, a te z „ukraińskiej” po prostu porzucono w leju po bombie, zasypano wapnem i zakopano. Wapnem maskowano także miejsca szczególnie przesączone krwią ofiar, w tym fragmenty murów. Jeżeli chodzi natomiast o rzeczy osobiste więźniów oraz ich bagaże to wraz z fragmentami ciał ofiar zgarnięto je na jedną hałdę i spalono. Cenne rzeczy i kosztowności wraz z sowiecką więzienną dokumentacją zostały przewiezione do Kijowa przez zastępcę naczelnika więzienia w Łucku, Leskina.

Nawet podczas „porządkowania” terenu więzienia po masakrze, sowieci nadal mordowali grupy, jak i poszczególnych aresztantów – zabijano je na „ukraińskiej” części dziedzińca. Grupy takie liczyły od 15 do 20 osób, a w jednej z nich znalazły się m.in. trzy kobiety. Ponadto, decyzją oprawców zamordowano także do stu mężczyzn z łuckiego więzienia – zostali oni rozstrzelani nad brzegiem Styru.