Katastrofa Smoleńska – wybuch na pokładzie Tupolewa?

[ Strona informacyjna: Smoleńsk ]

Katastrofa smoleńska

[ Brzoza ] [ Ciała ofiar ] [ Czarne skrzynki ] [ Dwie wizyty ] [ Filmy ] [ Kłamstwa smoleńskie ] [ Komisja Millera ]
[ Książki ] [ Linki ] [ Lista ofiar ] [ Lot cywilny czy wojskowy? ] [ Lotnisko ] [ MAK ] [ Muzyka ] [ Mity smoleńskie ]
[ Obsługa lotniska ] [ Śledztwa ] [ Trotyl ] [ Wątpliwości ] [ Wrak ] [ Wybuch ]
[ Zespół Macieja Laska ] [ Zespół parlamentarny ] [ Zgony poza katastrofą ]

Po uzyskaniu dostępu do wraku przez polskich śledczych (co nastąpiło dopiero jesienią 2012 roku) wykryto na szczątkach samolotu materiały wybuchowe. Ujawnił to Cezary Gmyz w artykule „Trotyl na wraku tupolewa” w dzienniku Rzeczpospolita. Autor artykułu został z gazety zwolniony, a główne zarzuty wobec niego mówiły, że wyciągnął pochopne wnioski zawierzając informatorom, a nie mając żadnego potwierdzenia. Tymczasem prokuratorzy nie zdementowali pogłosek na temat trotylu, a nawet prokurator generalny dzień wcześniej w rozmowie z naczelnym dziennika Rzeczpospolita upewnił go o prawdziwości informacji.

Także próbki rzeczy jednej z ofiar katastrofy, dzięki staraniom rodziny zbadane w USA wykazały obecność trotylu. Urządzenia, którymi w badaniach wraku posługiwali się śledczy również wykazały obecność trotylu. Producent urządzeń wykrywających materiały wybuchowe, używanych również m.in. na lotniskach całego świata zeznał, że nie ma możliwości aby urządzenie pomyliło się lub zareagowało na namiot techniczny wykonany z tworzywa sztucznego (co twierdzili prokuratorzy).

Prokuratura po kilku miesiącach orzekła, że badania nie wykazały obecności trotylu na wraku, ponieważ założono, że jego obecność można potwierdzić tylko wtedy gdy na próbce zbadanej czterema metodami każda z prób wykaże obecność trotylu. Gdyby więc trzy metody wykazały wynik pozytywny, a czwarta negatywny, to uznano by, że takich materiałów na próbce nie ma. Urządzenia do badania próbek różnią się czułością i nie mogą być traktowane równoważnie. Jak wykazali prof. Krystyna Kamieńska-Trela i prof. Sławomir Szymański, badania te zostały też przeprowadzone niestarannie i bez zachowania procedur. Zobacz więcej: Trotyl na wraku.

Śledczy prokuratury oznajmili też, że nie było wybuchu na pokładzie samolotu na podstawie badań jeden ofiary katastrofy smoleńskiej, u której nie stwierdzono uszkodzenia błony bębenkowej ani po lewej, ani po prawej stronie. Tymczasem jak wykazały badania opublikowane w fachowym piśmie „Nueroskop”, około 1/4 ofiar wybuchu nie doznaje takich obrażeń w ogóle.

W ciałach ofiar katastrofy stwierdzono też ponadnormatywną obecność dwutlenku węgla, które daje się wytłumaczyć tylko wybuchem. Aby takie stężenie znalazło się we krwi ofiary musiało dojść do wdychania przez żywego człowieka znacznych ilości dymu. Na wybuch na pokładzie samolotu wskazują też nadpalone ciała części ofiar, które zostały znalezione w strefie, w której nie było pożaru na ziemi, po upadku samolotu.

Tu-154M rozpadł się na co najmniej 20 tysięcy elementów, które odnaleźli archeolodzy z Polski badający teren w pół roku po katastrofie. Jak podał prokurator Andrzej Seremet, wśród tych rozbitych kawałków znajdowały się też m.in. fragmenty ruchomego wyposażenia samolotu, takie jak np. sztućce. Według archeologów  nie wiadomo jednak ile szczątków znajduje się pod betonową drogą prowadzącą do miejsca katastrofy, którą wybudowali Rosjanie w pierwszych dniach po upadku samolotu. Do tego należy doliczyć elementy samolotu zebrane w pierwszych dniach po katastrofie i zrzucone na płycie lotniska. Naukowcy szacują, że może to być nawet 60 tysięcy kawałków. Część z tych części znajdujących się kilkadziesiąt metrów przed miejscem zderzenia samolotu z ziemią była osmalona.

Co ciekawe samolot, który eksplodował w wyniku zamachu nad szkockim Lockerbie spadł w wysokości 9400 metrów. Liczba zebranych w trakcie akcji poszukiwawczej szczątków wynosiła ponad 10 tysięcy. Odnalezioną liczbę znaczących fragmentów samolotu określano na 1200. Zebrane fragmenty pozwoliły na dwuwymiarową rekonstrukcję około 90% kadłuba. Po katastrofie Boeinga 747 nad zachodnim wybrzeżem Atlantyku w 1996 roku, ustalono że prawdopodobną przyczyną katastrofy była eksplozja oparów paliwa w centralnym zbiorniku, gdy samolot znajdował się na wysokości nieco ponad 4000 metrów. Po katastrofie przeprowadzono wielomiesięczną szeroką akcję poszukiwawczą na dnie oceanu, w jej wyniku zebrano około 95% szczątków samolotu, ich liczba wynosiła 3168.

Eksperci Zespołu Parlamentarnego ds. Zbadania Przyczyn Katastrofy Tu-154M w Smoleńsku zwracają również uwagę na ślady charakterystyczne dla eksplozji, które znajdują się na wraku Tu-154M. Dr. Grzegorz Szuladziński wskazywał na wywinięcia na zewnątrz blachy kadłuba, które mają świadczyć o tym, że wybuch nastąpił wewnątrz samolotu, a także na rozproszenie szczątków samolotu na bardzo dużej przestrzeni i ogromne obrażenia ciał. Samolot spadł przecież ze względnie małej wysokości i upadł w miękkie, błotniste podłoże. Prof. Jan Obrębski analizujący szczątki wraku postawił tezę o przygotowanej eksplozji punktowej, która doprowadziła do urwania skrzydła.

Prof. Wiesław Binienda przeprowadził eksperyment, w którym poddał aluminium uderzeniu z prędkością prawie czterokrotnie szybszą niż prędkość Tupolewa w momencie katastrofy. W tym badaniu materiał zgniótł się, a nie rozpadł na kawałki jak to było w przypadku polskiego samolotu. Oznacza to, że na samolot musiała działać znacznie większa energia. Czy było nią uderzenie o drzewa? Brak jest też jakichkolwiek informacji o śladach paliwa w okolicach brzozy. Skrzydło, którym samolot miał uderzyć w drzewo zawierało w sobie zbiornik paliwa, wypełniony w momencie katastrofy prawie toną płynu.

Duński inżynier Glenn Jorgensen wyliczył, że oderwanie 5,5-metrowego fragmentu skrzydła nie spowodowałoby straty siły nośnej wystarczającej do odwrócenia maszyny bez możliwości skorygowania jej lotu za pomocą sterów. Do tego potrzebna by była utrata dwukrotnie większego fragmentu. Jego zdaniem musiało dojść do eksplozji na skrzydle przed brzozą i dużo ponad wysokością drzewa, aby samolot tracił części i rozbił się w sposób, jaki miał miejsce w Smoleńsku.

Dr Wacław Berczyński, ekspert lotniczy i konstruktor samolotów z wieloletnim stażem w m.in. Boeingu, zwrócił uwagę na zastanawiające oderwanie się części ogonowej samolotu, która podczas lotu poddawana jest ogromnemu ciśnieniu i musi być zaprojektowana tak aby to wytrzymać. Skoro ogon został oderwany, musiała spowodować to duża siła, o kilkadziesiąt razy większa niż ta przewidywana w projekcie. Podkreślił też, że nity z poszycia samolotu zostały wyrwane, co wskazuje na eksplozję wewnątrz. Na eksplozję mają też wskazywać rozerwane na kawałki siedzenia samolotu.

Eksperci zespołu parlamentarnego ustalili, że z Tu-154M wyrwany został fragment prawej burty salonki i toalety prezydenckiej. Znajduje się tam luka wskazująca na zniszczenie tej części samolotu. Blachy poszycia w okolicy tej „dziury”, powstałej na styku salonki i toalety prezydenckiej, wywinięte są na zewnątrz. Pianka izolacyjna otulająca wręgi samolotu jest nadpalona, a szyba okna toalety okopcona. Zwraca też uwagę rozerwana, osmalona i nadtopiona tapicerka wewnętrzna. Wszystkie te części prawej burty noszą ślady ognia, choć w miejscu, w którym je znaleziono, nie było żadnego pożaru. O wybuchu w tej części świadczy też rozrzut poszczególnych elementów salonki prezydenckiej w różnych miejscach wrakowiska.

Naukowcy zwracają też uwagę, że gdyby samolot uderzył w całości w ziemię i rozpadł się przy uderzeniu, to pozostawiłby krater, a takiego na miejscu katastrofy nie było. Glenn Jorgensen porównał też siłę rażenia podmuchu z silników odrzutowca, które potrafią nawet przewrócić ciężarówkę z lotem Tu-154M, który lecący ponoć pięć metrów nad ziemią nie naruszył ani okolicznych drzew, ani płotu właściciela działki, na której stała brzoza, ani porozrzucanych na niej śmieci.

Również świadkowie twierdzą, że doszło do eksplozji na pokładzie Tu-154M. Por. Artur Wosztyl zeznał, że usłyszał „trzaski, huki i detonacje”, które poprzedziła nienaturalna praca silników. Należy podkreślić, że Zespół Parlamentarny ds.  Zbadania Przyczyn Katastrofy dysponuje bardzo licznymi relacjami osób, które widziały lub słyszały wybuch Tu-154 przed uderzeniem samolotu w ziemię

„Na miejscu wyglądało to tak, że sporej grupy dziennikarzy milicja nie chciała wpuścić bezpośrednio pod bramę lotniska, która prowadziła do miejsca katastrofy, gdzie później funkcjonowało miasteczko dziennikarskie. Tam mogliśmy porozmawiać z osobami, które przebywały w bezpośredniej bliskości miejsca katastrofy w chwili rozbicia się samolotu. Ci ludzie opowiadali, że widzieli samolot wyłaniający się zza chmur i dziwnie lecący, inni, że słyszeli wybuch. Cały teren był obstawiony przez milicję i pojawiły się pierwsze oddziały OMON-u” – zeznał dziennikarz Polskiego Radia, który był obecny w Smoleńsku.

Zobacz więcej wątpliwości.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *